poniedziałek, 1 lutego 2010

Być może Pinokio - kobietą


Pajac, pusta głowa, nierób i wieczny dzieciuch. W nosie ma biednego ojca i dobre rady. O mówienie prawdy nie ma go co posądzać. Mało to takich między nami, Polakami? Nie ma jednak co załamywać rąk, zbiorowa terapia możliwa jest w teatrze. Ściślej – w Teatrze Animacji. Tak tak dorośli – czasami (choć coraz częściej wydaje mi się, że zazwyczaj) trzeba zejść do poziomu dziecka, by móc dojrzeć. Wskazówek życiowych polecam szukać w „Pinokiu” – spektaklu Anny i Tomasza Rozmianiec.


Historii drewnianego chłopczyka nie trzeba streszczać – znamy ją od dziecka, ale być może zapominamy, iż przydaje się również w późniejszych latach naszej ziemskiej wędrówki. W kość naszej sklerozie daje Elżbieta Węgrzyn – aktorka z ponad 30-letnim stażem pracy, grająca Pinokia. Trudno oprzeć się jej urokowi. Od postaci kilkuletniego urwisa, którą aktorka przekonująco kreuje, emanuje pewnego rodzaju czuły symbolizm. Powierzchownie widzimy Pinokia – drewnianą marionetkę, pozbawioną rozumu i silnej woli, ale, jeśli zajrzeć głębiej, odsłania się przed nami ktoś, kto desperacko próbuje dojść sedna człowieczeństwa. „Będę prawdziwy!” – wykrzykuje swoje marzenie bohater w nadziei na lepsze jutro. W realizacji tak ważnego celu (który jest też przecież obiektem pożądania każdego z nas) pomaga mu Dobra Wróżka, zastępująca matkę, której Pinokio nigdy nie miał. Dżepetto przez większość czasu milczy, choć jego myśli zdaje się wypowiadać Świerszcz. Gdyby na ten spektakl przyszli terapeuci, mogliby go z powodzeniem przenieść na grunt psychodramy. Bo Pinokio jest w każdym z nas – zwłaszcza wtedy, gdy gonimy za natychmiastowym sukcesem, nie zwracając uwagi na potrzeby innych. Pinokio-dorosły pojawia się w scenie wyjazdu do Krainy Zabawek. Chętni na taką podróż skaczą w euforii, marzą o „nicnierobieniu”. Dmuchając w gwizdki niczym uczestnicy love parade, zapominają o otaczającej ich rzeczywistości. Czyżby upojenie było jedyną chwilą wytchnienia od pędzącego świata? Ale Pinokio odzywa się również w momentach zmęczenia własnym wariactwem, kiedy zaczynamy reflektować nad motywami naszych małych zbrodni. Wszak lepiej być entuzjastą popełniającym błędy, niż obojętnym mędrcem.

Poznański „Pinokio” ma w sobie wiele mroku. Z ciemności sceny wyłania się raz po raz stelaż, przerobiony a to na dom, a to na szkołę. Postacie toną w światłocieniach. Stają się dla widza dostrzegalne po to, by wydobyć swoje najskrytsze zamiary z zakamarków duszy. Gdyby nie ta ciemność, światło przemiany nie miałoby sensu i wartości. Przemiana niesie ze sobą naukę kompromisu i tolerancji. W końcowej scenie z pilnego ucznia, z tego drewnianego pajaca, opadają wióry niedojrzałości – staje się prawdziwym człowiekiem. Piękna, plastyczna metafora.

I jeszcze jedna uwaga. Do Teatru Animacji warto przyjść także ze względu na widzów – tych najmniejszych, spontanicznie reagujących, komentujących na bieżąco (i oczywiście głośno) wydarzenia sceniczne. Ja przyszłam na przedstawienie uzbrojona w notatnik i długopis, oni – w niczym nieskrępowaną ciekawość i chęć przeżycia przygody. Cóż, w konfrontacji z taką publicznością i takim spektaklem – lepiej pozostawić notatnik pustym i dać się ponieść dziecięcej, prawdziwej wyobraźni.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Poza drogą główną

Koncert zespołu Periferija, O.T.Maski, 6.12.2009


Długo myślałam nad tym, do jakiego innego zespołu przyrównać Periferija i nie wpadłam na żadną genialno-porównawczą myśl. Pozostaje mi więc tylko spróbować określić wrażenia z wczorajszego koncertu w Maskach. Po pierwszym utworze zrozumiałam, że mam do czynienia z profesjonalistami łączącymi rock i folk. Po następnych kawałkach myślałam już tylko o świecącym pustkami miejscu dla słuchaczy i było mi poniekąd wstyd za tych wszystkich, którzy na koncert nie przyszli.

Jak podaje Słownik Wyrazów Obcych PWN, „peryferia” to zewnętrzna część czegoś, stanowiąca kontrast dla części centralnych. Na peryferiach znajdują się także członkowie zespołu - emigranci z Europy Wschodniej, mieszkający w Hamburgu, wierni muzyce spoza głównego nurtu. Tworzą pod wodzą Żeni - charyzmatycznego wokalisty i gitarzysty (który pokazał również, że wirtuozeria harmonijki ustnej nie jest mu obca), Rosjanina z pochodzenia. Nie wydawał się być zrażonym lichą frekwencją słuchaczy i dał z siebie wszystko (nie potrafię sobie wyobrazić, że może dać z siebie jeszcze więcej). Jego żywa mimika i elektryzujące ruchy skłoniły co niektórych do podrygiwania w rytm muzyki (tak więc, dzięki Bogu, nie byłam wyjątkiem). Na resztę ekipy Periferija też nie można było narzekać: perkusista (jeśli dobrze pamiętam - urodzony w Polsce) raz uderzał w bębny i talerze z takim impetem, że aż sceną wstrząsało, innym razem przywoływał nostalgiczne dźwięki za pomocą skrzypiec. Solówki basowe i gitarowe też nie pozostawiały słuchacza (przynajmniej takiego jak ja) z poczuciem niedosytu. W koncert wkomponowany został narrator, a raczej narratorka - Katja – która poszczególne utwory poprzedzała poetyckim tekstem, pełnym tęsknoty, ale i nadziei na odzyskanie zagubionej drogi i szczęścia.

Mam nadzieję, że Periferija osiągną w końcu (a grają od 2005 roku) sukces przynajmniej na tyle, by nie musieli grać dla w połowie pustej sali. Ja słyszałam ich po raz pierwszy i mam nadzieję, że nie ostatni. Można ich spotkać w Poznaniu koncertujących w Meskalu. Pewnie sprawię sobie także prezent na nadchodzące Święta i zamówię ich płytę – podobno kosztuje tylko 5 euro. A za wczorajszą ucztę dla ucha – большое спасибо!

poniedziałek, 12 października 2009

O graniczeniu

Nie ma to jak się pochorować i przegapić ostatni dzień festiwalu :( No ale za to przedostatni dzień mnie nie ominął, widziałam "Cafestradę" i umieszczam tu wrażenia z nią związane:

Jeśli poświęcenie aktora miałoby stanowić kryterium oceny spektaklu, „Cafestradę” poznańskiego Teatru Fuzja należałoby zaliczyć do widowiska z górnej półki. Zagrana zimnym i wietrznym wieczorem na Dziedzińcu Różanym CK Zamek przyciągnęła całkiem sporą liczbę publiczności, tłoczącą się wokół prostokątnego pola akcji, wyznaczonego przez kable i reflektory.
„Cafestrada” to arena walk dwóch światów – rządzących i rządzonych, drapieżników i ich ofiar. Wygrywa ten, kto zbierze wokół siebie większą ilość poddanych ze strachu. Ten, kto wytyczy granicę i sprawi, że inni będą wierzyć w jej słuszność i trwałość.
Jedna z pierwszych scen spektaklu ukazuje ustanowienie właśnie takiej granicy, podziału na dobrych i złych, naszych i obcych: „pan i władca”, wywyższony ponad innych, (również dosłownie – za pomocą szczudeł) nakazuje swoim poddanym, przypominającym usłużnych kelnerów w nienagannie jednakowych strojach, (czarne spodnie, czerwone marynarki, białe koszule i rękawiczki) wyznaczyć drogę – jedyną słuszną formę myślenia o przestrzeni, otaczającym nas świecie.
Wokół spektaklu unoszą się mary Orwellowskiego „Roku 1984”, ze wszystkich kątów wyzierają problemy ustrojów politycznych, które zamiast służyć człowiekowi – izolują go i za obietnicę wiecznej szczęśliwości – zniewalają, a w końcu niszczą. Nie zabrakło tu również tematu zdrady i próby naprawy wyrządzonych krzywd. Jeden z bohaterów, niczym syn marnotrawny, powraca do miejsca, które opuścił, a przez to naraził na destrukcyjną siłę „pana i władcy”. Okazuje się jednak, że nie ma do czego (ani kogo) wracać – na pogorzelisku jego dawnego domu pozostała tylko metaforyczna postać... zranionej Opatrzności? Sprawiedliwości? A może wolności, która cierpi za każdym razem, gdy ktoś kreśli kolejne granice, separując człowieka od człowieka?
Szkoda, że „Cafestradzie” zabrakło świeżego, nie utartego i nie przedstawionego wcześniej spojrzenia na kwestie zniewolenia i władzy. Szacunek i podziw należy się jednak aktorom, którzy pomimo niskiej temperatury odważyli się zagrać w strojach raczej letnich. Poza tym – to opowieść bardzo wymowna, choć nie pada w niej ani jedno słowo.

a tu ciekawostka - znalazłam to zdjęcie na stronie internetowej Berkeley College, US. Za małą kawę trzeba tu wydać 1,75 $, nie można płacić kartą, za to mają wifi :)



sobota, 10 października 2009

Raport z Dziewictwa


Ta kobieta wie, czego chce i bezkompromisowo do tego dąży. Ma towar do sprzedania, który wiele już razy inne próbowały sprzedać na Allegro, ale ich licytacje były za każdym razem blokowane. Jednej – z Bristolu – udało się. Za swój towar (jak podaje „The Sun”) dostała ponad 8 tysięcy funtów. Trzeba jakoś opłacić studia.

Kobieta, o której mowa w pierwszym zdaniu, to główna i jedyna bohaterka „Dziewictwa” – monodramu stworzonego przez częstochowską grupę Narybek from Poland, na podstawie tekstu Ruty Kavalkanti z dalekiej Norwegii. Jednakże spektaklowi temu daleko do chłodu północy – przyciąga widza ciepłem zapalczywej ironii – jedynej możliwej broni w walce ze światem współcześnie nowoczesnym. Towarem, jakim bohaterka handluje, staje się tytułowe dziewictwo. Bohaterka nie jest głupia, ma plan i śmiało go wykłada publiczności, a przy tym tańczy, zaczepia, improwizuje. Kombinuje w jaki sposób znaleźć najlepszego nabywcę. Dać ogłoszenie do prasy, umieścić informację na serwerze internetowym? A może wystąpić na konferencji? Istnieje tylko jeden problem: nikt nie bierze tej kobiety (i jej propozycji) na poważnie. Niepoważni – owszem, są – proponują wysokie ceny, ale nie mają w sobie ani krzty romantyzmu. Jest też chłopak, ale ten nie rozumie i odchodzi. Tej, wydawać by się mogło, niemoralnej propozycji wcale nie towarzyszy tylko i wyłącznie chęć zdobycia pieniędzy, ale czegoś głębszego – akceptacji i czułości, na które przecież i niejedna supersamodzielna kobieta jest w stanie czekać z cierpliwością Penelopy.

„Dziewictwo” warto obejrzeć najprawdopodobniej z kilkunastu powodów. Ja wybrałam z nich dwa: elektryzująco zagrana mono-rola plus (i tu staram się znaleźć odpowiednie słowo, co przychodzi mi z trudem) konstrukcja monologu, częstującego widza słowami, które... orzeźwiają? Zaskakują, rozbawiają, nakazują widzom – myśl! Wszystko naraz i właśnie dzięki temu całe to widowisko staje się czymś wartkim i oczyszczającym jak sesja terapeutyczna. Zalecana zarówno paniom, jak i panom.

piątek, 9 października 2009

Nici, sznurki i ich rozplątywanie...

... czyli Festiwal Teatrów Zależnych - dzień II. Wczoraj zdołałam zobaczyć dwa spektakle: "Po nitce do pępka" Teatru Białego z Olsztyna i "Wariata i zakonnicę" poznańskiego Studia Teatralnego Próby.
Grupa z Olsztyna za materiał działania obrała poezję Anny Świerszczyńskiej (skądinąd mi nieznanej) i uczyniła z niej plastycznie ruchliwy obraz zawikłań kobiecej duszy.


Spektakl otwiera jedna z czterech aktorek, która krzyczy do niewidzialnego lustra "Ścierwo!" - mając na myśli swoje ciało. Mocny akcent na początek, potok słów agresywnie nacierających na kobiecą fizyczność, tłuszcz, celulit i inne "monstra", z jakimi współczesna płeć piękna musi (?) się zmagać. Szkoda, że z tego napięcia pod koniec spektaklu mało zostało. Natomiast pomysł, by umieścić (raczej zdezorientowanego) mężczyznę pośrodku czterech kobiet ubranych w łachmano-bieliznę, tańczących z garnkami i kłębkami nici bardzo przypadł mi do gustu. W spektaklu nie zabrakło problemów Matki-Polki. Porodu, który nie należał do najszczęśliwszych chwil w życiu, zaręczyn i zdrady. Wniosek: psychika kobiety jest zawiła jak kłębek nici, którego ani mężczyzna, ani kobieta nie potrafią rozplątać z łatwością i logiką Aleksandra Wielkiego rozprawiającego się z węzłem gordyjskim. Całe szczęście w spektaklu nie zabrakło humoru i dystansu do własnych (damskich i męskich) słabości.

"Wariat i zakonnica" na podstawie utworu Witkacego to całkiem niezły wywrotowiec. Szpital psychiatryczny, a w nim wariat - pytanie, czy tylko jeden, bo lekarze (ogarnięci obsesyjną wiarą we własne lub psychoanalityczne metody terapeutyczne) zdają się także potrzebować wsparcia medycznego (i nie tylko dlatego, że jeden z nich zostaje ugodzony ołówkiem, przez co koniec końców umiera). Wariat - poeta Mieczysław Walpurg (oczywiście niezrozumiany przez świat) spotyka miłość swojego życia pod postacią zakonnicy, która chętnie ulega jego żarliwym słowom. Można by pomyśleć, że to niezła burleska, ale to chyba także utwór o potędze słowa, które potrafi zniewolić, otumanić, a nawet rozwiązać kaftan bezpieczeństwa.
Miejscem wykonania "Wariata i zakonnicy" była mała sala w CK Zamek i już chciałam przeklinać brak miejsca i tłok pod postacią widzów (a także moje powiuększone węzły chłonne i katar), kiedy przyszło mi do głowy, że takie poczucie klaustrofobii i stłamszenia bliskie jest ludziom uznanym za wariatów. Niezły zabieg sceniczny. Ciekawe, czy zamierzony.

Dziś wybieram się na "Dziewictwo" do Collegium Maius, oby mi tylko zdrowie dopisało, bo bardzo jestem ciekawa tego spektaklu jednego aktora (a ściślej to aktorki).

czwartek, 8 października 2009

Festiwal Teatrów Zależnych - zaczynamy...

"Byli kiedyś ludzie do psów niepodobni" - te słowa przewijały się jak refren ciężkiej piosenki w spektaklu otwierającym II Festiwal Teatrów Zależnych. Jego tytuł: "W beczce chowany". Miejsce wykonania: Teatr Animacji. Utwór surowy w formie, z przeważającymi w scenografii odcieniami szarości, z wielką konstrukcją beczki na środku sceny. Skandynawski chłód.


Spektakl opowiada prostą historię Ojca, Matki i Syna, którzy nie potrafią nawiązać ze sobą porozumienia. Rodzice, chcąc uchronić Syna od zła rzeczywistości, zamykają go w beczce, by tam bezpiecznie dorastał. Jednak w ten sposób zapewniają bezpieczeństwo tylko sobie, umywając ręce od problemów wychowania potomstwa. Syn, wyzwalając się w końcu z drewnianego więzienia, musi stawić czoła realnemu światu - bez wiedzy o nim. Światem tym rządzi pieniądz utożsamiany z mądrością, a zwierzęta zdają się być bardziej ludzkie niż sami ludzie.
"W beczce chowany" pomimo tego, iż porusza ważny temat utraty związków człowieka z naturą czy problem walki o akceptację - jest jak dla mnie (osoby pełnoletniej) zbyt dosłowny. A dla młodego widza (na którego miejscu próbuję się postawić) - chyba zbyt przerażający. W każdym bądź razie - nigdy nie lubiłam opowieści w stylu braci Grimm.


Po Teatrze Animacji wybrałam się piętro wyżej - na spektakl "Dziadowanie" kórnickiej grupy Teatr Na Fundamentach. Salę Kameralną Zamku oświetlały świece, po nozdrzach bił zapach
kadzidła, a niemalże ekstatyczna muzyka unosiła się nad tym wszystkim. "Dziadowanie" to nic innego jak "Dziady cz.II" Adama Mickiewicza. Nic nowego w kolejnej interpretacji dzieła naszego wieszcza.


Dużo pisków i jęków (zwłaszcza po damskiej stronie aktorskiej - choć może i o ukazanie histerii chodziło?), ale nastrój starej kaplicy i transowych zaklinań osiągnięty z wysoką skutecznością.

Całe szczęście dzień zakończył się mocnym akcentem (nawet nie musiałam kupować tej kawy...) - a to za sprawą Formacji Fleks Step z Czerwonaka i jej cudownie cielesnego spektaklu pt. "Transponder". Uwielbiam patrzeć na tancerzy, którzy nawet z pojedynczego palca potrafią stworzyć broń masowego rażenia pięknem i symboliką.
Słowo "transponder" (z łac. i wg Słownika Wyrazów Obcych PWN) oznacza tyle co urządzenie elektroniczne stosowane do retransmisji (po przetworzeniu i wzmocnieniu) sygnałów telekomunikacyjnych. Ciało to taki odbiornik-nadajnik, umożliwiający nam komunikację interpersonalną. Kształtowane przez naturę i kulturę, poddawane torturom mody, czasem zniekształcone, innym razem giętkie, uwodzone, innym razem wodzące na pokuszenie. W każdym przypadku - niesamowite - bo posiadające moc sygnalizowania stanów naszej duszy. Świetnie dobrana muzyka (raz spokojne rytmy Sade, innym razem psychodeliczne dźwięki rodem z filmu "Fight Club") - także wykonywana na żywo, nie pozwoliła mi na znużenie. Estetycznie przyjemne widowisko, nie pozostawiające widza bez refleksji. Numer jeden pierwszego dnia Festiwalu.

wtorek, 6 października 2009

Na początek

Dobry wieczór, tutaj będę pisać ja - bez skrupułów i zahamowań o tym, co z teatralnego (a może nie tylko?...) punktu widzenia mojego oka/ucha i innych narządów poznania warte odnotowania. Mieszkam sobie od dawien dawna w Poznaniu - mieście, gdzie teatrowi udaje się od czasu do czasu zrobić szum. Są festiwale. Teatr pod opieką studentów. Performensy. I Most Teatralny (powszechnie nazywany Teatralką) łączący Teatr Nowy i Wielki. Ja też bym chciała coś połączyć - scenę (lub "scenę") i refleksje, jakie wywołuje. Jeśli nikt na tego bloga nie zajrzy (uwaga, teraz groźnie wznoszę palec ku górze!) to... no, to... trudno :)
Jutro rozpoczyna się II Festiwal Teatrów Zależnych. Hasła przewodniego mu brak, co nie oznacza, że i szóstej klepki (tak na marginesie - próbowałam dojść do tego, skąd to wyrażenie "szósta klepka" - ale natrafiłam tylko na książkę pani Musierowicz pod tym samym tytułem; książkę czytałam [w końcu jestem z Poznania ;)], nawet zrobili do niej quiz: http://test.4free.pl/test/332895/15276 - enjoy!). Ale przed tym, jak pójdę - muszę się wyspać. Nabrać sił na 5 dni festiwalowych emocji. A z emocji znowu przyjdzie mi koniec końców spać. Dobranoc.