piątek, 9 października 2009

Nici, sznurki i ich rozplątywanie...

... czyli Festiwal Teatrów Zależnych - dzień II. Wczoraj zdołałam zobaczyć dwa spektakle: "Po nitce do pępka" Teatru Białego z Olsztyna i "Wariata i zakonnicę" poznańskiego Studia Teatralnego Próby.
Grupa z Olsztyna za materiał działania obrała poezję Anny Świerszczyńskiej (skądinąd mi nieznanej) i uczyniła z niej plastycznie ruchliwy obraz zawikłań kobiecej duszy.


Spektakl otwiera jedna z czterech aktorek, która krzyczy do niewidzialnego lustra "Ścierwo!" - mając na myśli swoje ciało. Mocny akcent na początek, potok słów agresywnie nacierających na kobiecą fizyczność, tłuszcz, celulit i inne "monstra", z jakimi współczesna płeć piękna musi (?) się zmagać. Szkoda, że z tego napięcia pod koniec spektaklu mało zostało. Natomiast pomysł, by umieścić (raczej zdezorientowanego) mężczyznę pośrodku czterech kobiet ubranych w łachmano-bieliznę, tańczących z garnkami i kłębkami nici bardzo przypadł mi do gustu. W spektaklu nie zabrakło problemów Matki-Polki. Porodu, który nie należał do najszczęśliwszych chwil w życiu, zaręczyn i zdrady. Wniosek: psychika kobiety jest zawiła jak kłębek nici, którego ani mężczyzna, ani kobieta nie potrafią rozplątać z łatwością i logiką Aleksandra Wielkiego rozprawiającego się z węzłem gordyjskim. Całe szczęście w spektaklu nie zabrakło humoru i dystansu do własnych (damskich i męskich) słabości.

"Wariat i zakonnica" na podstawie utworu Witkacego to całkiem niezły wywrotowiec. Szpital psychiatryczny, a w nim wariat - pytanie, czy tylko jeden, bo lekarze (ogarnięci obsesyjną wiarą we własne lub psychoanalityczne metody terapeutyczne) zdają się także potrzebować wsparcia medycznego (i nie tylko dlatego, że jeden z nich zostaje ugodzony ołówkiem, przez co koniec końców umiera). Wariat - poeta Mieczysław Walpurg (oczywiście niezrozumiany przez świat) spotyka miłość swojego życia pod postacią zakonnicy, która chętnie ulega jego żarliwym słowom. Można by pomyśleć, że to niezła burleska, ale to chyba także utwór o potędze słowa, które potrafi zniewolić, otumanić, a nawet rozwiązać kaftan bezpieczeństwa.
Miejscem wykonania "Wariata i zakonnicy" była mała sala w CK Zamek i już chciałam przeklinać brak miejsca i tłok pod postacią widzów (a także moje powiuększone węzły chłonne i katar), kiedy przyszło mi do głowy, że takie poczucie klaustrofobii i stłamszenia bliskie jest ludziom uznanym za wariatów. Niezły zabieg sceniczny. Ciekawe, czy zamierzony.

Dziś wybieram się na "Dziewictwo" do Collegium Maius, oby mi tylko zdrowie dopisało, bo bardzo jestem ciekawa tego spektaklu jednego aktora (a ściślej to aktorki).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz