"Byli kiedyś ludzie do psów niepodobni" - te słowa przewijały się jak refren ciężkiej piosenki w spektaklu otwierającym II Festiwal Teatrów Zależnych. Jego tytuł: "W beczce chowany". Miejsce wykonania: Teatr Animacji. Utwór surowy w formie, z przeważającymi w scenografii odcieniami szarości, z wielką konstrukcją beczki na środku sceny. Skandynawski chłód.

Spektakl opowiada prostą historię Ojca, Matki i Syna, którzy nie potrafią nawiązać ze sobą porozumienia. Rodzice, chcąc uchronić Syna od zła rzeczywistości, zamykają go w beczce, by tam bezpiecznie dorastał. Jednak w ten sposób zapewniają bezpieczeństwo tylko sobie, umywając ręce od problemów wychowania potomstwa. Syn, wyzwalając się w końcu z drewnianego więzienia, musi stawić czoła realnemu światu - bez wiedzy o nim. Światem tym rządzi pieniądz utożsamiany z mądrością, a zwierzęta zdają się być bardziej ludzkie niż sami ludzie.
"W beczce chowany" pomimo tego, iż porusza ważny temat utraty związków człowieka z naturą czy problem walki o akceptację - jest jak dla mnie (osoby pełnoletniej) zbyt dosłowny. A dla młodego widza (na którego miejscu próbuję się postawić) - chyba zbyt przerażający. W każdym bądź razie - nigdy nie lubiłam opowieści w stylu braci Grimm.
Po Teatrze Animacji wybrałam się piętro wyżej - na spektakl "Dziadowanie" kórnickiej grupy Teatr Na Fundamentach. Salę Kameralną Zamku oświetlały świece, po nozdrzach bił zapach kadzidła, a niemalże ekstatyczna muzyka unosiła się nad tym wszystkim. "Dziadowanie" to nic innego jak "Dziady cz.II" Adama Mickiewicza. Nic nowego w kolejnej interpretacji dzieła naszego wieszcza.

Dużo pisków i jęków (zwłaszcza po damskiej stronie aktorskiej - choć może i o ukazanie histerii chodziło?), ale nastrój starej kaplicy i transowych zaklinań osiągnięty z wysoką skutecznością.
Całe szczęście dzień zakończył się mocnym akcentem (nawet nie musiałam kupować tej kawy...) - a to za sprawą Formacji Fleks Step z Czerwonaka i jej cudownie cielesnego spektaklu pt. "Transponder". Uwielbiam patrzeć na tancerzy, którzy nawet z pojedynczego palca potrafią stworzyć broń masowego rażenia pięknem i symboliką.
Słowo "transponder" (z łac. i wg Słownika Wyrazów Obcych PWN) oznacza tyle co urządzenie elektroniczne stosowane do retransmisji (po przetworzeniu i wzmocnieniu) sygnałów telekomunikacyjnych. Ciało to taki odbiornik-nadajnik, umożliwiający nam komunikację interpersonalną. Kształtowane przez naturę i kulturę, poddawane torturom mody, czasem zniekształcone, innym razem giętkie, uwodzone, innym razem wodzące na pokuszenie. W każdym przypadku - niesamowite - bo posiadające moc sygnalizowania stanów naszej duszy. Świetnie dobrana muzyka (raz spokojne rytmy Sade, innym razem psychodeliczne dźwięki rodem z filmu "Fight Club") - także wykonywana na żywo, nie pozwoliła mi na znużenie. Estetycznie przyjemne widowisko, nie pozostawiające widza bez refleksji. Numer jeden pierwszego dnia Festiwalu.
Spektakl opowiada prostą historię Ojca, Matki i Syna, którzy nie potrafią nawiązać ze sobą porozumienia. Rodzice, chcąc uchronić Syna od zła rzeczywistości, zamykają go w beczce, by tam bezpiecznie dorastał. Jednak w ten sposób zapewniają bezpieczeństwo tylko sobie, umywając ręce od problemów wychowania potomstwa. Syn, wyzwalając się w końcu z drewnianego więzienia, musi stawić czoła realnemu światu - bez wiedzy o nim. Światem tym rządzi pieniądz utożsamiany z mądrością, a zwierzęta zdają się być bardziej ludzkie niż sami ludzie.
"W beczce chowany" pomimo tego, iż porusza ważny temat utraty związków człowieka z naturą czy problem walki o akceptację - jest jak dla mnie (osoby pełnoletniej) zbyt dosłowny. A dla młodego widza (na którego miejscu próbuję się postawić) - chyba zbyt przerażający. W każdym bądź razie - nigdy nie lubiłam opowieści w stylu braci Grimm.
Po Teatrze Animacji wybrałam się piętro wyżej - na spektakl "Dziadowanie" kórnickiej grupy Teatr Na Fundamentach. Salę Kameralną Zamku oświetlały świece, po nozdrzach bił zapach kadzidła, a niemalże ekstatyczna muzyka unosiła się nad tym wszystkim. "Dziadowanie" to nic innego jak "Dziady cz.II" Adama Mickiewicza. Nic nowego w kolejnej interpretacji dzieła naszego wieszcza.
Dużo pisków i jęków (zwłaszcza po damskiej stronie aktorskiej - choć może i o ukazanie histerii chodziło?), ale nastrój starej kaplicy i transowych zaklinań osiągnięty z wysoką skutecznością.
Całe szczęście dzień zakończył się mocnym akcentem (nawet nie musiałam kupować tej kawy...) - a to za sprawą Formacji Fleks Step z Czerwonaka i jej cudownie cielesnego spektaklu pt. "Transponder". Uwielbiam patrzeć na tancerzy, którzy nawet z pojedynczego palca potrafią stworzyć broń masowego rażenia pięknem i symboliką.
Słowo "transponder" (z łac. i wg Słownika Wyrazów Obcych PWN) oznacza tyle co urządzenie elektroniczne stosowane do retransmisji (po przetworzeniu i wzmocnieniu) sygnałów telekomunikacyjnych. Ciało to taki odbiornik-nadajnik, umożliwiający nam komunikację interpersonalną. Kształtowane przez naturę i kulturę, poddawane torturom mody, czasem zniekształcone, innym razem giętkie, uwodzone, innym razem wodzące na pokuszenie. W każdym przypadku - niesamowite - bo posiadające moc sygnalizowania stanów naszej duszy. Świetnie dobrana muzyka (raz spokojne rytmy Sade, innym razem psychodeliczne dźwięki rodem z filmu "Fight Club") - także wykonywana na żywo, nie pozwoliła mi na znużenie. Estetycznie przyjemne widowisko, nie pozostawiające widza bez refleksji. Numer jeden pierwszego dnia Festiwalu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz