Ta kobieta wie, czego chce i bezkompromisowo do tego dąży. Ma towar do sprzedania, który wiele już razy inne próbowały sprzedać na Allegro, ale ich licytacje były za każdym razem blokowane. Jednej – z Bristolu – udało się. Za swój towar (jak podaje „The Sun”) dostała ponad 8 tysięcy funtów. Trzeba jakoś opłacić studia.
Kobieta, o której mowa w pierwszym zdaniu, to główna i jedyna bohaterka „Dziewictwa” – monodramu stworzonego przez częstochowską grupę Narybek from Poland, na podstawie tekstu Ruty Kavalkanti z dalekiej Norwegii. Jednakże spektaklowi temu daleko do chłodu północy – przyciąga widza ciepłem zapalczywej ironii – jedynej możliwej broni w walce ze światem współcześnie nowoczesnym. Towarem, jakim bohaterka handluje, staje się tytułowe dziewictwo. Bohaterka nie jest głupia, ma plan i śmiało go wykłada publiczności, a przy tym tańczy, zaczepia, improwizuje. Kombinuje w jaki sposób znaleźć najlepszego nabywcę. Dać ogłoszenie do prasy, umieścić informację na serwerze internetowym? A może wystąpić na konferencji? Istnieje tylko jeden problem: nikt nie bierze tej kobiety (i jej propozycji) na poważnie. Niepoważni – owszem, są – proponują wysokie ceny, ale nie mają w sobie ani krzty romantyzmu. Jest też chłopak, ale ten nie rozumie i odchodzi. Tej, wydawać by się mogło, niemoralnej propozycji wcale nie towarzyszy tylko i wyłącznie chęć zdobycia pieniędzy, ale czegoś głębszego – akceptacji i czułości, na które przecież i niejedna supersamodzielna kobieta jest w stanie czekać z cierpliwością Penelopy.
„Dziewictwo” warto obejrzeć najprawdopodobniej z kilkunastu powodów. Ja wybrałam z nich dwa: elektryzująco zagrana mono-rola plus (i tu staram się znaleźć odpowiednie słowo, co przychodzi mi z trudem) konstrukcja monologu, częstującego widza słowami, które... orzeźwiają? Zaskakują, rozbawiają, nakazują widzom – myśl! Wszystko naraz i właśnie dzięki temu całe to widowisko staje się czymś wartkim i oczyszczającym jak sesja terapeutyczna. Zalecana zarówno paniom, jak i panom.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz